Niedziela

Ostatniego dnia faworytów nie było, my za to byliśmy już trochę zmęczeni. Udało nam się zdążyć na Lao Che, którzy zagrali naprawdę dobry koncert. Polecam wsłuchać się w ich ostatni album „Gospel”, bo pod przykrywką prostych rytmów czają się tam metaforyczne teksty odnoszące się do Biblii. Zespół wręcz bawił się razem z publicznością, wprowadzając bardzo miłą atmosferę, pozwalająca skupić się tylko na zabawie i muzyce. Nie spodziewałem się tego po obejrzeniu jakiegoś ich koncertu w telewizji. Jak widać, trzeba wszystko przetestować osobiście.

Szybko przeszliśmy w pobliże Vavamuffin, które nie zaoferowało nic poza znaną nam już przyjazną atmosferą wśród fanów. Muzyka nas interesowała nieszczególnie, wróciliśmy więc na scenę główną, gdzie występ zaczynała Goldfrapp. Wielka przestrzeń dawała ten komfort, że można było usiąść z dala od sceny nie tracąc z niej oka. Jak się okazało, była to całkiem dobra pozycja, bo dość spokojne melodie nie były stworzone do szaleństw. Po pół godzinie doszedłem niestety do wniosku że wszystkie utwory są do siebie zbyt podobne. Może dlatego, że na co dzień nie słucham muzyki elektronicznej? Wysiedzieliśmy do końca, nie bardzo skupiając się na wydarzeniach na scenie.

Gwiazdy wieczoru miały dopiero nadejść: Massive Attack i The Chemical Brothers. Mnie bardziej zależało na tych pierwszych, choć nie znałem ich muzyki zbyt dobrze. Mam zamiar to nadrobić, bo wygląda to na jazdę obowiązkową i pewnie wielu uzna, że nie mam wstydu pisząc powyższe słowa. Mają w sobie pewien mistycyzm, spokój i czar. Reszta nalegała by iść już do domu, nie dotrwałem więc do końca, ale zapadł mi w pamięć jeden moment. Przy utworze „Teardrop” w tle zaczęto wyświetlać polskie napisy. Cóż to było? Jakieś historyjki o Dodzie rodem z tabloidów, tak popularne w naszym kraju. Później temat nieco się zmienił: zobaczyłem agresywne slogany reklamowe, atakujące nas na co dzień ze wszech stron. Nieźle, ale co to wszystko znaczy? Nagle, pojawiły się takie oto napisy: „Możliwy czas siedzenia w areszcie bez otrzymania zarzutów – Polska: 2 dni – Niemcy: x dni – Wielka Brytania: 42 dni - kilka(naście) innych krajów – USA: bez ograniczeń”. W połączeniu z muzyką wywarło to niesamowite wrażenie, a przesłanie wryło się głęboko w pamięć…

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszce na filmie „Open’er 2005-2007”. Prosiłem Michała i Ewę, żeby wytrzymali do ’07 i materiału o Muse. Po godzinie oni już spali, film się skończył, a upragnionego przeze mnie materiału nie było. Zmęczeni do granic możliwości wsiedliśmy w samochód i wróciliśmy. Żałuję trochę, że nie mogłem zobaczyć Chemicalsów, bo dali podobno jeden z najlepszych koncertów na festiwalu. Kto nie przeżył czegoś podobnego, przeżyć powinien, niezależnie od wieku i upodobań muzycznych. Festiwale rządzą się swoimi prawami, innymi od samodzielnych koncertów. Mają własną, niepowtarzalną atmosferę, którą trzeba poczuć…