Sobota

Gwoździem programu mieli być Sex Pistols. Organizatorzy zmienili plany i zamienili Erykah Badu z CKOD, co nie robiło mi różnicy bo nie zależało mi na żadnym z nich. Chciałem zobaczyć Radio Bagdad, bo wydaje mi się że wyróżniają się spośród nowych polskich zespołów, które prawie wszystkie brzmią tak samo. Niestety, ustawili ich na 16, a my zazwyczaj dojeżdżaliśmy około 18-19. Powód? Złe zorganizowanie kolejki do podstawionych pod dworcem autobusów. Jeśli kolejka nie jest zorganizowana, tworzy się korek, ludzie się kłócą, mdleją i narzekają. To jeden z dwóch minusów organizacji, drugim bowiem był brak wystarczającej ilości koszy na śmieci na terenie festiwalu. Zaowocowało to mnóstwem plastikowych kufli po piwie leżących na ziemi.

Wyszło tak, że pierwszym zespołem który widziałem był nie byle kto, bo sam Interpol. Chyba lepiej ich słuchać w domowym zaciszu, bo nie mieli w sobie „tego czegoś”. Stali niemal nieruchomo, odgrywali tylko swoje role. Jasne, ciekawym przeżyciem było wysłuchanie na żywo „C’mere” czy “Pioneer to the Falls” (na „Evil”, jeśli grali, nie załapałem się, bo trzeba było iść na CocoRosie), ale nie było to nic ponad ciekawostkę.

CocoRosie wywołało u mnie mieszane uczucia – z jednej strony to bardzo ciekawy zespół, niebojący się eksperymentów, z drugiej ich pomysły nie zawsze do mnie trafiają. Na płycie słucha się ich przyjemnie, nieźli są jako muzyka-tło, jeśli trzeba się na czymś skupić. Porównanie do Interpolu wyszło na ich korzyść, siostry i ich zespół żył na scenie, brał udział w spektaklu. Facet od robienia podkładu własnym głosem wymiata, choć to nienowatorski pomysł. Według mnie trochę za dużo było rapowania, a trochę za mało tego ich łagodnego, kołyszącego i melodyjnego stylu. No i ten ścisk – większego na Open’erze nie przeżyłem, ale wiadomo: namiot.

Z CocoRosie popędziliśmy na Gentlemana (mieliśmy tylko jakieś 30-40 minut do Pistolsów). I tu bardzo pozytywne zaskoczenie, choć zdążyłem na 4 lub 5 kawałków. Energiczny, żywy zespół, bardzo dobry kontakt z fanami, radosna muzyka, takaż atmosfera: ludzie śmiejący się, śpiewający i tańczący. Na pewno to zasługa typu muzyki i usposobienia ludzi jej słuchających, ale mimo wszystko wielkie brawa dla zespołu. I ten specyficzny smrodek połączony z pojawiającym się tu i ówdzie dymkiem…

Gdzieś tam jeszcze w przejściu widziałem z daleka Jay-Z, ale jego otoczenie podobne do tego z teledysków (tak tak, te paniusie) skutecznie mnie odstraszyło. Podobno dał niezły koncert, ale to zupełnie nie mój typ. Na koniec była Erykah Badu, której nie znam, a też niczym się w pamięć nie wpisała.

Sex Pistols przedstawiać nie trzeba, ale może nie wszyscy znają ich takimi, jakimi są dziś. Brzuchy mają duże, ale alkohol chyba ich dobrze zakonserwował, bo ruszają się i wyglądają całkiem dobrze. Wiadomo, trochę musieli grać, udawać, bo przecież czasy inne i sens ich piosenek nieco wyblakł. Rotten w ramach tej gry bardzo często pluł na scenę, co wydawało mi się sztuczne i denerwujące (”patrzcie jacy z nas niegrzeczni chłopcy!”). Jak zaczęli grać… tak obudziłem się dopiero pod koniec. Domagałem się kolejnych utworów, skakałem, krzyczałem, szalałem z tłumem. Niech mnie kto skarci, że nie rozumiem, że to nie moja sprawa, a ja mówię: to mój hołd dla tego, co zrobili. Rany, te proste melodie mają w sobie coś co sprawia że eksploduje w tobie energia, właśnie to coś co pociąga za sobą rzesze fanów. Swój obraz zepsuli tylko bisem, na którym zagrali nie swoje kawałki (Hogwind? Hawkwind?). Nie mają może wielkiego dorobku, ale poniżać się do tego stopnia? Tak, w ich przypadku to poniżenie, takie zespoły coverów nie grają.

I tylko ten dreszcz, gdy skanduję z tłumem, domagając się, żądając: „Anarchy, anarchy, anarchy!”…