Otwier’acz 2008 cz. I
Bez przeszkód dojechaliśmy do Gdyni, gdzie Przemek podjął nas naleśnikami i zaprowadził na plażę. Mieliśmy okazję porozmawiać o świecie, życiu i podróżach – na ten ostatni temat zresztą przegadaliśmy większość czasu spędzonego razem, Przemek i Marta bowiem są ludźmi których bez obaw można nazwać podróżnikami. Pozazdrościć tylko ich Łukaszowi, który na początku nas „nie lubił, bo nas nie znał”, jednak klocki lego nas zbliżyły, bo któż nie lubi się nimi pobawić?
Pierwszego dnia nic nie liczyło się tak jak The Raconteurs. Wcześniej były Muchy, których w ogóle nie widziałem, a potem spotkaliśmy się z Francuzkami: Veronique i Delphine. Kiedy w lutym byłem w Avignon, opowiadałem Vero o Open’erze. Powiedziała: chcę pojechać. Dograliśmy szczegóły, przyleciała, była zachwycona. Z nimi poszliśmy na Editorsów, którzy nie zachwycali, oddaliłem się więc by podrzucić koleżankom do namiotu swój plecak. Po Raconteursach zaś wszystko było przyćmione, Roisin Murphy zagrała nieźle, ale nie pozostawiła wyraźnych wspomnień. Żałuję trochę, że nie zobaczyłem zespołu o wdzięcznej nazwie DeVotchka – liczyłem że może chociaż trochę zastąpią mi brak Beirutu. Niestety, decydując się na wyżej wspomnianych, musiałbym zrezygnować z zespołu White’a. No cóż, w końcu to festiwal, nie można zobaczyć wszystkiego.
Na czterdzieści minut przez dziewiątą byliśmy już ustawieni kilka metrów od sceny, gdzie mogliśmy podziwiać prawdziwe osobliwości. Szkoda, że na zdjęciu nie widać że jest umalowany. Tak tak, to był chłopak, w dodatku miał dziewczynę! Elegancko ubrani panowie w melonikach (ponoć ci sami, którzy obsługiwali koncerty The White Stripes) zaczęli rozkładać i testować sprzęt, czym podsycili niecierpliwość fanów.
Wreszcie. Zaczęli od Consoler of the Lonely. Jack White ustawił się tyłem do publiczności, by po kilkunastu sekundach teatralnie obrócić się i zacząć śpiewać. Wszyscy oszaleli, ja chyba też, choć obok trafił się jakiś pijany palant-dres, na którego nie zadziałałoby z pewnością „bez agresji fizycznej proszę”. Musieliśmy się trochę wycofać, ale tylko na tyle by nie uczestniczyć w pseudo-pogo, a by móc śpiewać i skakać z innymi. Nie było dużo rozmów z publicznością (co jest normalne na festiwalach), za to pokierowali nami znakomicie – a może nie trzeba było nikim kierować, skoro prawie każdy był tam zauroczony blaskiem The Raconteurs? To nie jest zespół, na który się staje w pierwszych rzędach tylko żeby popatrzeć. Było Steady As She Goes, Top Yourself, The Switch and The Spur, Many Shades of Black, było prawie wszystko co nagrali, a dosłownie wszystko na co czekałem, co do kawałeczka. Były chyba dwa bisy, rozciągnęli swój czas do granic możliwości i wielkie dzięki im za to. Nie byłem na wielu koncertach, ale ten był jednym z najlepszych. Z nazwiska i wyglądu znałem dotąd tylko White’a, jednak przypadł mi do gustu ich gitarzysta (zdaje się, że nazywa się Brendan Benson), który czasem zastępował Jacka.
Any pour souls who trespass against us
Whether it be beast or man
Will suffer the bite or be stung dead on sight
By those who inhabit this land
For theirs is the power and this is their kingdom
As sure as the sun does burn
So enter this path, but heed these four words,
You shall never return…
