Manu Chao, ochroniarze i pogo
Idealny ochroniarzu, niech popłyną w Twą stronę słowa mego podziwu. Nie mrugniesz, choć tłum tuż przed Tobą szaleje. Nie odwrócisz wzroku od tego skrupulatnie dobranego (według znanego Tobie tylko algorytmu) punktu, choćbym wywrzeszczał Ci w twarz słowa piosenki. Na próżno po czterykroć próbowałem dostrzec drgnienie Twej stopy w masywnym glanie, choć wybrałem najbardziej rytmiczne momenty. Modlisz się pewnie do ochroniarskiego boga, by szef ustawił Cię tyłem do sceny - wszak taka pozycja daje największe możliwości wyrażenia profesjonalnej obojętności do tego co dzieje się wokół.
Przepraszam wszystkich ochroniarzy, którzy lubią potupywać na koncertach. Wczoraj we Wrocławiu chyba żadnego z nich nie było. Rozumiem, że tak ma być, ale na Manu Chao pan obok mnie po prostu przekroczył wszystkie granice beznamiętności. Honor bractwa uratował jego kolega, uśmiechający się do zagadującej go publiczności. Mimo wszystko, słowa uznania za brawurowe łapanie ludzi wypadających poza barierki, wyrzuconych na własne życzenie dziesiątkiem pobliskich rąk.
Szkoda, że wyżej wspomniana też nie świeciła. Dwie panie obok mnie najwyraźniej brały przykład z ochroniarza. Przecież jeśli nie chce się poskakać, poklaskać i pokrzyczeć z zespołem, można iść do tyłu - tam wszyscy stoją lub nieinwazyjnie kiwają się na boki. Pani za mną powinna postarać się o pracę w telewizji lub w służbach specjalnych, chciała bowiem przemyconym aparatem nagrać koniecznie cały koncert - przepraszam, że (mimochodem, oczywiście) wchodziłem w obiektyw!
Nie spodziewałem się pogo na Manu Chao, ale to sam zespół podsycał, bo często przerywnikiem międzyutworowym było szybkie ska. Nie lubię pogo, bo jest agresywne. Jest do przyjęcia na koncercie Sex Pistols (nie ubliżając zespołowi) ale, ludzie, Manu niesie chyba pokojowe przesłanie, co? Koleżanka napisała, że to włożenie wszystkich sił w dzikie szaleństwo. Świetnie, tylko po co te przepychanki i kuksańce? Grupy pogujących pojawiają się niczym wormsy w trybie random i nie sposób, niestety, wybrać bezpiecznego miejsca.
Bardzo dobrze, że się wybrałem do Wrocławia. To jeden z niewielu koncertów na których poczułem to “coś” - nienazwane uczucie, pomieszanie wolności i radości, przejrzystość myśli i niczym niezmącony optymizm. Manu i reszta wykonali świetnie swoje zadanie, bo muzycznie przecież się nie wybijają, ale są zespołem stworzonym do koncertów. No i dają radę, bo szaleństwo trwało jakieś 2,5h. No dobra, tylko miejscami ziewnąłem, bo kolejny raz “urozmaicili” występ tym samym mocnym ska…
Kto nie był, ten trąba.
